Ślepowidzenie, Peter Watts

Ślepowidzenie

Ślepowidzenie

Długo się zbierałem by spisać swoje refleksje dotyczące Ślepowidzenia Petera Wattsa. Nie będzie to typowa recenzja, będzie to tekst raczej w stylu tego o Hyperionie Dana Simmonsa. Poszukujących recenzji odsyłam na Katedrę, do MadMilla, Metzli lub Vanina.

W tym samym czasie gdy czytałem książkę Wattsa, w oczy rzucił mi się tekst Poczucie winy Marcina Przybyłka z sierpniowego numeru Nowej Fantastyki, w którym to dyskutował z twierdzeniem że SF bez science czyli bez „S” jest niewiele warta. Wiele prawdy jest w tym co pisze Przybyłek, nie warto wpędzać się w poczucie winy, że czyta się SF bardziej rozrywkową. Częste naszpikowanie tekstu teoriami naukowymi, stosowanie języka rodem z podręczników akademickich tworzy z tekstów literackich niestrawne potworki. Wiele osób nie lubi się przebijać przez takie książki. Dlatego ogólny apel autora powtarzam i ja. „Dość poczucia winy. Nauka może być, lecz nie musi.”.
Dlaczego wspominam o tym tekście, przy okazji Ślepowidzenia? Dlatego, że to książka przesiąknięta naukowością. Autor jednak znalazł sposób by nie przeszkadzała w lekturze książki. Ona wręcz jest konieczna, bez niej cała powieść straciła by bardzo wiele. A kolejnym zaskoczeniem, oczywiście pozytywnym jest to, że wszystko wydawało się zrozumiałe.
Ślepowidzenie to sztandarowy przykład Hard SF, książki o człowieku czy o tak zwanym pierwszym kontakcie. Watts nie daje się zamknąć jednej konwencji, wybiera on najważniejsze części i łączy w swojej powieści. Owy miks daje zaskakujące efekty. Autor co jakiś czas burzy kolejne bastiony ludzkiego poczucia wyższości nad resztą gatunków zamieszkałych na ziemi. Wskazuje jak niedoskonali jesteśmy, uzmysławia że ewolucja wcale nie musi stawiać na najlepsze rzeczy. Pokazuje nam, że zmysł wzroku, na którym tak polegamy jest zawodny, jest wręcz czymś innymi niż sądzimy. A najważniejsze jest to, że wszystko to jest udokumentowane ogromną bibliografią, wskazującą na dokonania naszej nauki. To nie fiction, to science.
Dzięki temu, że Watts nie przywiązywał się do żadnej z konwencji, na nowo otworzył stare już tematy. Do czasu Ślepowidzenia wydawało się, że już wyeksploatowane do granic możliwości. Gdyż pierwszy kontakt, to nie tylko kontakt na linii załoga statku – obcy. To też pierwszy kontakt na linii czytelnicy a ludzie z niedalekiej przyszłości. Ludzkie którzy na pierwszy rzut oka są prawie tacy sami jak my. Szybko jednak się okazuje, że różnice są znaczące. Inna struktura społeczna, inne zachowania. Głębokie modyfikacje w ciało. Ale też okazuje się, że to co my uważamy za chorobę wcale nią nie musi być. To co postrzegamy jako odchył od normy, może kiedyś normą być. A też i na odwrót.
Obcy u Wattsa zostali stworzeni od nowa. Nie są to zielone ludki atakujące planetę, nie są to też w żadnym wymiarze podobni do ludzi. Chyba też nie tego szukamy w kosmosie, nie jest to obraz istot rozumnych w kosmosie który pielęgnujemy sobie od lat. Obcy to oczywiście wisienka na torcie w tej pozycji, przynajmniej dla mnie. Nie będę wiece zdradzał, bo Wężydła trzeba poznać osobiście, i to w takich dawkach jakimi raczy nas autor.
Książka pełna jest takich zaskakujących, niekiedy odkryć. Niekiedy przynosi ze sobą nieciekawe refleksje, nie napawa optymizmem. To nie jest świat w którym chciałbym żyć. To jednak jest świat, w którym może być dane nam żyć. Ślepowidzenie to książka zmuszająca do myślenia, nie pozwalająca przejść obojętnie obok problemów przez nią poruszanych. I jest to jak dla mnie, najlepsza książka wydana w tym roku. Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika gatunku. Czuje, że właśnie stykamy się z przyszłą klasyką.

Przeczytaj również:

  1. Kłamstwa Locke’a Lamory, Scott Lynch Kłamstwa… Scotta Lyncha próbuje się porównywać do Oliviera Twista czy Ocean’s Eleven (o Różowej Panterze już nie wspomnę, wydaje mi się że w tym wypadku ktoś się po prostu zagalopował)....
Ten wpis został opublikowany w kategorii Literatura i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Ślepowidzenie, Peter Watts

  1. MadMill pisze:

    Podpisuję się pod tym co Magiel napisał. Tylko nie czytałem tekstu Przybyłka i do tego odnieść się nie mogę, chociaż pamiętam dyskusje Marcina na różnych forach i niby się zgadzam z tym, że nie zawsze “nauka” jest najważniejsza w s-f, ale jednak w s-f istotny jest element naukowy. Jeżeli w s-f nie ma nauki to już raczej s-f nie jest, a zostaje samo fiction. Nie jest to jakaś ujma na honorze autora i książki, lepsze to niż wyssane z palca teorie, które zwykły czytelnik dostrzega, potrafi wytknąć bez zaglądania do encyklopedii błędy i nazwać to bzdurą. To trochę nieszanowanie samego odbiorcy i w pewnym sensie oszukiwanie.

  2. goin' nuts pisze:

    przyznam szczerze że zawsze denerwowało mnie nagminne posługiwanie się – w prawie każdej recenzji – komunałami w stylu „xxx to książka zmuszająca do myślenia, nie pozwalająca przejść obojętnie obok problemów przez nią poruszanych.” no bo sorry, są różne książki, przedstawiające różne problemy. tych problemów czy poruszonych kwestii może być na prawdę sporo ale to ode mnie indywidualnie zależy czy dramat młodej matki samotnie wychowującej dziecko jest poruszający czy nie. poza tym zakładam z góry, że każda ksiązka po którą człowiek sięgnął powinna być SKŁANIAJĄCA DO MYŚLENIA bo po to ludzie sięgają po książki..! to nie film w którym nie trzeba specjalnie myśleć bo przedstawia 2 panów przez 45 minut okładających sie po czerwonych twarzach przy jednostajnych dźwiękach TRZASK PRASK… więc powtórzę jeszcze raz dla wszystkich nawet doświadczonych redaktorów w kółko popełniających ten sam błąd – skoro piszemy recenzję, felieton czy cokolwiek w tym stylu, i NIE POSŁUGUJMY SIĘ UTARTYMI FRAZESAMI.. to na prawde nic nam nie mówi o książce a wiele o autorze…

  3. Maeg pisze:

    Już na wstępie zaznaczyłem, że ów tekst to nie jest recenzja. To zbiór moich refleksji na temat Ślepowidzenia. Nic więcej.

    Sprawa druga. Nie zgodzę się z tobą, że każda książka może zmusić do myślenia (chyba, że sam proces czytania przyjemny jako przejaw „myślenia”). Piszesz, że książka to nie film. Tak, i nie. Weźmy na przykład Kłamcę J. Ćwieka czy Imię Wiatru Rothfussa. Owe pozycję poza tym, że dostarczają na różnym poziomie rozrywki, nie niosą ze sobą, żadnych dodatkowych wartości. Nie wiem jak bardzo trzeba by nagiąć rzeczywistość by było inaczej. Nie raz zdarzyło mi się czytać książkę która od filmu różniła się tym, że była właśnie spisana na papierze, a nie zapisana na taśmie filmowej. Masz za to rację, że to czy dany problem poruszy czytelnika czy nie, zależy od jego indywidualnych cech, tak samo od tego zależy czy książkę uzna za ciekawą czy za nudną. Na tym blogu znajdują się tylko mocno subiektywne opinie o książkach. To są moje przemyślenia, można się z nimi zgadzać lub nie.

    Poza tym „atak” nie jest najlepszym sposobem prowadzenia dyskusji na taki temat. Można nie zgadzać się z czyjąś opinią, ale żeby zaraz rzucać takimi tekstami, jak „nic nam nie mówi o książce a wiele o autorze”?
    A gdyby się człowiek uparł, to w każdej prawie recenzji można znaleźć banały, którymi recenzenci posługują się od lat.

  4. bleszczynski pisze:

    Zacznę od pochwały. Na blog trafiłem przypadkiem i właściwie po przeczytaniu dwóch wpisów wpadł do google readera. Myślę, że przyczynisz się do wyboru niejednej lektury :)

    Książek nałogowo nie czytam, nie unikam różnych gatunków, ale do hard s-f mam największy sentyment. Muszę przyznać, że Ślepowidzenie mocno mnie wciągnęło i pobudziło do dyskusji. Książka jest przepełniona naprawdę ciekawymi pomysłami i nie ogranicza się do samej fizyki/techniki.

    Już samo umiejętne poprowadzenie dyskusji na temat ewolucyjnej zasadności istnienia samoświadomości to dla mnie wielki plus. Zaadoptowanie teorii chińskiego pokoju do stworzenia nowego rodzaju postczłowieka to majstersztyk. Do tego świetne przedstawienie świata niczym z cyberpunka, ale bez tego irytującego mnie tandetnego banału, którym przepełnione są książki Stevensona. U Wattsa nawet wampiry pięknie wkomponowują się w świat pierwszego kontaktu z totalnie obcą cywilizacją.

    Niestety mam wrażenie, że z Wattsa lepszy dyskutant i myśliciel niż pisarz. Przepełniony masą teorii za wszelką cenę wrzucał je do książki. Zawsze intrygująco, ale nie zawsze z sensem, choćby mnożenie postaci tylko po to, by przedstawić kolejny pomysł na przyszłościową rewolucję w danej dziedzinie, przy jednoczesnym niedostatecznym wykorzystaniu skomplikowania uczestników wyprawy. Czuć w nich niewykorzystany potencjał.

    No i dla mnie zarzut najpoważniejszy – ledwie przeciętny warsztat. Każda scena mająca trzymać w napięciu, a już szczególnie sceny akcji to dramat – właściwie nie wiadomo co się dzieje, zero umiejętności opisywania dynamicznych sekwencji. Niewiele lepiej jest także z plastycznością opisów. Miałem poważne problemy z wizualizacją wielu rzeczy i musiałem korzystać z zasobów własnej pamięci :)

    Najlepiej wypadają sceny dialogowe. Niestety to bolączka wielu autorów hard s-f, Baxtera chociażby. Dlatego Diuna, czy Kontakt Sagana są kultowe, a Ślepowidzenie nie będzie.

    Niemniej to kawał porządnej, pobudzającej lektury.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>